Bieszczady z zaskoczenia.

Bieszczady

Pod koniec ubiegłego roku nikt jeszcze nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji, więc naszym oryginalnym planem na urlop była kolebka kultury minojskiej – chodząca nam od paru lat po głowie Kreta, na której planowaliśmy zachwycać się zabytkami i chwytać ciepłe promienie słońca, tak by jeszcze przed nadciągającą nieuchronnie zimą podładować baterie. Jednak dynamiczna sytuacja związana z pandemią zmusiła nas, jak zapewne i innych miłośników podróży, do diametralnej zmiany planów urlopowych, co jak się później okazało, wyszło nam na dobre. Wróćmy jednak do początku. Po pierwszym zamrożeniu turystyki obawialiśmy się, że na przełomie września i października, czyli w naszym okresie urlopowym, znów do niego dojdzie i świat podróży stanie w miejscu. Właściciele hoteli, pensjonatów oraz domów całorocznych wycofali wiele zwrotnych ofert rezerwacji, istniało więc ryzyko, że skończymy bez możliwości wyjazdu i wpłaconej gotówki. W związku z tym ostrożnie snuliśmy nowe plany wyjazdu, starając się podejść do tego na chłodno. Wstępne poszukiwania idealnego miejsca, łączącego w sobie moją miłość do jezior i lasów z jego zamiłowaniem do górskich wycieczek również nie pozostawiały początkowo zbyt wiele miejsca dla radosnej ekscytacji, wydawało się nam to po prostu niemożliwe. Jednak po wielu wieczorach spędzonych na debatach, przekopaniu tony różnorodnych przewodników, stosu map oraz niezliczonej ilości stron internetowych padło na zachwycające Bieszczady, a konkretnie na urokliwy i cichy o tej porze roku Polańczyk.

Sielskie B&B czy totalna niezależność?

Zarówno Polańczyk, jak i inne miejscowości przycupnięte nad zapierającym dech w piersiach Jeziorem Solińskim posiadają naprawdę bogatą bazę noclegową, więc każdy kto się tam wybiera znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. Od pokoi z pełnym wyżywieniem w hotelach lub pensjonatach położonych w samym centrum miasta przez pełne uroku gospodarstwa agroturystyczne typu B&B, aż po liczne domki letniskowe i domy całoroczne wyposażone we własną kuchnię. My kochamy niezależność, najczęściej więc decydujemy się na wynajęcie domku bądź mieszania z własną kuchnią, dzięki temu mamy pełną swobodę w planowaniu aktywności na poszczególne dni bez obaw, że nie zdążymy wrócić na kolację. Jednak dobrze wiem, że nie każdy Bieszczadychce w czasie urlopu stać przy przysłowiowych garach, dlatego w żadnym wypadku nie twierdzę, że jest to najlepsze rozwiązanie. W tym roku także zdecydowaliśmy się na właśnie takie rozwiązanie, które dodatkowo stanowiło kolejny środek ostrożności. Domek, który wybraliśmy, położony był poza ścisłym centrum, tuż przy ścianie lasu, dzięki czemu praktycznie pod nosem mieliśmy kilka pieszych szlaków, a w nocy na niewielkim tarasie mogliśmy podziwiać zachwycające rozgwieżdżone niebo.

Z plecakiem w góry.

Należę do grona osób, które przed wyjazdem lubią dokonać niewielkiego researchu na temat odwiedzanego miejsca i na jego podstawie sporządzić sobie niewielką listę rzeczy, które należy ze sobą zabrać pod kątem tej konkretnej podróży. Nie lubię jednak nosić w torbie ciężkich przewodników, w ich miejsce wolę spakować aparat fotograficzny lub dodatkową porcję pysznego jedzenia. W trakcie tegorocznych przygotowań sięgnęłam więc po travelbook „Bieszczady“ wydawnictwa Bezdroża, który mimo niepozornych rozmiarów, dzięki informacjom praktycznym oraz krajoznawczym stał się dla mnie nieocenionym źródłem wiedzy. Po jego lekturze wiedziałam, że wybierając się w Bieszczady w okresie jesiennym, musimy uważnie śledzić rozkłady jazdy poszczególnych przewoźników (nie gwarantuje to jednak punktualności poszczególnych busów czy autokarów, o czym przekonaliśmy się, czekając niemal godzinę na jeden z nich w deszczowy późny wieczór ostatniego dnia pobytu), bo jest to okres, w którym komunikacja między poszczególnymi miejscowościami oraz większymi miastami z wolna zamiera. Podczas tegorocznego wyjazdu w naszych plecakach nie mogło zabraknąć: przewodnika, map, podręcznej apteczki, latarki, kompasu, kubka termicznego lub termosu z ciepłym napojem, koca piknikowego, narzędzia wielofunkcyjnego, kurtki przeciwdeszczowej oraz ciepłego polaru.

Szmyrglówki, proziaki i fuczki – słów kilka o jedzeniu.

Po kilku wieczorach spędzonych w tutejszych restauracjach, których w Polańczyku nie brakuje, powoli zaczęłam przyzwyczajać się do oryginalnie brzmiących nazw regionalnych pyszności. Z całą mocą mogę także stwierdzić, że będąc w Bieszczadach, absolutnym grzechem jest niepróbowanie tamtejszej kuchni, która swoje bogactwo zawdzięcza wielokulturowości i gastronomicznej spuściźnie Łemków i Bojków. Od wieków ludzie korzystają tu z naturalnych bogactw otaczającej ich przyrody, podstawą kuchni są tu więc ziemniaki, różnorodne kasze, kapusta, zioła, grzyby oraz świeże ryby, dzięki czemu potrawy są niesamowicie sycące oraz aromatyczne. Kuchnia Bieszczad dość silnie opiera się także na myślistwie, w kartach pełno jest rozgrzewających gulaszy, pieczeni oraz pasztetów, innymi słowy jest to istny raj dla mięsożerców. Zdając sobie z tego sprawę, początkowo z lekką obawą wertowałam menu, poszukując czegoś dla wegetarian, moje zdziwienie nie mogło być większe, gdy pod nieznanymi mi nazwami odnajdywałam kolejne bezmięsne pyszności. Mówiąc o jedzeniu, nie mogę pominąć także wspaniałych serów, które wprost rozpływają się w usta, na szczęście wzdłuż deptaków w Solinie i 

Bieszczady

Polańczyku roi się od straganów oferujących takie właśnie serowe perełki, które na dodatek można zapakować próżniowo (do Łodzi wróciliśmy więc z torbą regionalnych serów). Kolejnym niezaprzeczalnym bogactwem Bieszczad są miody, syropy i naturalne soki, które często sprzedawane są przez lokalnych mieszkańców. Dzięki naszym kuchennym odkryciom z czystym sumieniem możemy polecić Oberżę Zakapior (w szczególności ich fuczki ze śmietaną, świeże ryby i proziaki) oraz znajdującą się nieopodal Kuchnię Polską Pod Malwami, która rozgrzewa nie tylko brzuchy, ale i serca. Marząc o małym co nieco na deser, koniecznie skierujcie swe kroki do Anielskiego Zakątka, wybór dostępnych tu słodkości oraz kaw powala (ostrzegam jednak, że ich szarlotka z owocami i lodami to ogromna porcja małego co nieco).

Palcem po mapie, czyli gdzie dzisiaj.

Jak wspominałam już wcześniej, lubię przed wyjazdem spędzić kilka spokojnych wieczorów z nosem w przewodniku lub pochylona nad mapą śledzić kolorową siatkę szlaków, pomaga mi to w ułożeniu luźnego planu wyjazdu. W tegorocznym obmyślaniu dziennych aktywności nieocenionym skarbem okazała się pozycja „Spacerem po Bieszczadach“ wydawnictwa Compass, która oprócz opisów poszczególnych szlaków i informacji o ich długości, ma także podany orientacyjny czas potrzebny na ich pokonanie. Naprawdę było to dla mnie gigantycznym ułatwieniem w planowaniu tego wyjazdu.
Którą z lokalnych atrakcji chcę zobaczyć, jaki szlak do niej prowadzi i czy możemy zobaczyć po drodze coś jeszcze… Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania jest dla mnie namiastką samej podró-ży i zdecydowanie Bieszczadypomaga mi podnieść ilość endorfin w organizmie. Oczywiście zdaje sobie spra-wę z tego, że plany mogą zawsze ulec zmianie, a pogoda w górach bywa niezwykłe kapryśna, na szczęście Polańczyk przywitał nas ciepłym wrześniowym słońcem. Okolice Jeziora Solińskiego są co roku licznie odwiedzane przez turystów, co mnie kompletnie nie dziwi, którzy chętnie zatrzymują się w ośrodkach uzdrowiskowych i rekreacyjnych otoczonych przez bujne lasy. Prawdziwą atrakcję stanowi także Zapora w Solinie, która dzięki swojej wysokości (81,8 m) jest najwyższą budowlą tego typu w Polsce. Spacerując po niej, można obserwować sielski obraz przecinających jezioro żaglówek, statków wycieczkowych oraz słynne już chyba w całym kraju ogromne karpie żyjące u stóp zapory. W tym miejscu warto dodać, iż jezioro jest tak naprawdę gigantycznym zbiornikiem retencyjnym, przy którego tworzeniu pod wodą znalazły się wsie takie jak Chrewt, Horodek, Sanna, Sokole, Solina, Teleśnica oraz duża część sąsiadującej z Polańczykiem Wołkowyi. Ta część Bieszczad to jednak nie tylko wodne atrakcje, okoliczne miasta połączone są siecią licznych szlaków rowerowych i pieszych, jednak po paru dniach w terenie okazało się, że niestety nie wszystkie tutejsze szlaki są wyraźnie zaznaczone, często kilka z nich nakłada się na siebie, co wprowadza, przynajmniej dla mnie lekkie zamieszanie. Właśnie z powodu takich sytuacji w plecaku zawsze mam ze sobą mapę, w tym roku zaszalałam i wzięłam aż dwie. „Solina, Polańczyk” wydawnictwa Compass, jest tak szczegółowa, że w paru sytuacjach, gdy nie byliśmy pewni, gdzie należy skręcić, bez trudu wskazywała nam właściwą ścieżkę, dzięki czemu zyskała aprobatę mojego chłopaka, który zazwyczaj stroni od tego typu pomocy podróżniczych. „Bieszczady” tego samego wydawnictwa pomogły nam natomiast dotrzeć do celu, gdy podczas jednej z naszych licznych wędrówek przekroczyliśmy granice tej wcześniejszej mapy, dzięki czemu bez przeszkód dotarliśmy do mniejszej zapory na Sanie w Myczkowcach.

Czy warto rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Dla nas płaskoziemców z Łodzi był to pierwszy wyjazd w Bieszczady, które niewątpliwie dały naszym łydką porządny wycisk po długiej przerwie, jednocześnie jednak oczarowały nas swym naturalnym pięknem, zatrzymanymi w czasie miejscami, oryginalną i sycącą kuchnią oraz życzliwymi ludźmi do tego stopnia, że w drodze powrotnej do domu zgodnie stwierdziliśmy, iż był to dopiero pierwszy z wielu naszych wyjazdów w te strony. Dzięki tym kilku dniom, które spędzaliśmy praktycznie cały czas w drodze, odpoczęłam psychicznie bardziej, niż się tego spodziewałam. Wybierając się tam, należy jednak pamiętać, że jest to już zupełnie inna rzeczywistość, niż ta, w której żyjemy, mieszkając np. w centralnej części kraju, tam tuż obok siebie istnieją dwa światy jeden zamieszany przez ludzi, drugi rządzący się własnymi dzikimi prawami. Wybierając się więc na wycieczkę, należy się liczyć z tym, że na swej drodze możemy napotkać wilka bądź niedźwiedzia. Mimo to jednak fragment naszych serc został właśnie tam, na mieniących się powoli złotem i czerwienią szlaku nucąc cicho „studnie tutaj zarosły wspomnieniem, sady tutaj pokrzywione dziko“1 .

1 - Fragment tekstu piosenki zespołu Stare Dobre Małżeństwo – Zabieszczaduj dzisiaj z nami.