Dlaczego czasem jeździmy na all inclusive? Część 1

All inclusive na Fuerteventurze

Czemu all inclusive?

Pewnie już zauważyliście - byliśmy na wakacjach all inclusive. I tak nawet my, zagorzali fani lokalnych smaków, nieodkrytych miejsc, mapy papierowej i przewodnika, czasem (z częstotliwością średnio raz na pięć lat) wybieramy kompleks hotelowy z opcją all inclusive, czyli klasycznie obśmiane już w internecie „wakacje dla typowego Janusza i Grażyny”. Zastanawiacie się dlaczego? Odpowiedź jest niesamowicie banalna, ale najpierw muszę przybliżyć Wam pokrótce historię naszej rodziny.

Jakieś 20 lat temu, gdy byliśmy jeszcze „piękni i młodzi ;-)” najchętniej w wolnych chwilach pakowaliśmy się w nasze małe autko i fru… gdzie nas oczy poniosą. Zbyszek, mój mąż, pracował wówczas w wydawnictwie książkowym, więc do każdej wyprawy wyposażaliśmy się w stosowne przewodniki i mapy. Jechaliśmy w nieznane, często bez zarezerwowanego noclegu, ale tak abyśmy mieli przynajmniej pół dnia na jego znalezienie. Z takiego wyjazdu wracaliśmy obładowani niesamowitymi wspomnieniami, mnóstwem nowych znajomości i ogromną ilością nowoodkrytych miejsc.

W tym samym czasie ja, pracując jako trybik w jednej z ogromnych korporacji, często przysłuchiwałam się wspomnieniom kolegów i koleżanek z cudownych wyjazdów z biurem podróży w opcji all inclusive… I tak słuchałam, słuchałam, aż od tych ich wspomnień zaczęłam mieć chęć na spróbowanie takiej opcji wypoczynku. No i cóż - doczekałam się.

Pierwszy raz na all inclusive

Pobyt all inclusive na Fuerteventurze

Na nasz pierwszy wyjazd udaliśmy się na Fuerteventurę. Byliśmy już wówczas czteroosobową rodziną z półtorarocznym szkrabem. Pojechaliśmy tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, aby uniknąć wakacyjnych tłumów i spędziliśmy naprawdę przyjemne dwa tygodnie. Jednak, mimo naprawdę dobrego hotelu, wyjątkowo smacznej kuchni i przesympatycznych animatorów (z dwojgiem utrzymujemy kontakt do dziś), ogólna ocena wyjazdu celowała raczej w 3/5. Pewnie zapytacie dlaczego, bo przecież piszę że było fajnie?

W dotychczasowych wakacjach ceniliśmy sobie wolność. Wolność wyboru miejsca posiłku, wolność w zwiedzaniu nowych miejsc, wolność w dysponowaniu własnym czasem. Na wakacjach all inclusive należy się dostosować do godzin serwowania posiłków, korzystania z hotelowych atrakcji i ewentualnych wyjazdów na tzw. wycieczki fakultatywne. Sami nigdy z takich wycieczek nie korzystaliśmy. Na pierwszym wyjeździe z takiej wycieczki wraz z naszą przyjaciółką skorzystała jedynie starsza córka. Wieczorne opowieści o tej atrakcji do dziś są u nas rodzinną anegdotą.

Z drugiej strony pojawiają się też tzw. „plusy dodatnie” takiego wyjazdu. A mianowicie - ogrom różnorodnych atrakcji dla dzieci. Gdy mieliśmy dzień lenia, nasza młodsza córka cały dzień moczyła się w brodziku dla maluchów, a starsza penetrowała okoliczne tereny jako ekipa piracka z rówieśnikami, świetnie się przy tym bawiąc.

Drugim, bardzo pozytywnym aspektem takiego wyjazdu jest to, że zawsze nadrobimy książkowe zaległości. Bo cóż innego robić, gdy leżąc na plaży, lub przy hotelowym basenie zabijasz czas, patrząc jak zachwycone dzieci eksplorują wodne zjeżdżalnie ;)

Najlepsze książki podróżnicze na wakacje

Kolejne nasze wypady na all inclusive (a było ich w sumie pięć) były bardziej lub mniej udane. Ale nie mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że to zdecydowanie nie dla nas. Na każdy taki wyjazd jeździmy mocno przygotowani, z zaplanowanym czasem pobytu. Zwykle na przynajmniej kilka dni wynajmujemy auto (nigdy w hotelu, zawsze w oficjalnej wypożyczalni, lub w Internecie) i po swojemu zwiedzamy okolice. Dzięki temu udaje nam się zachować zdrowy balans.

Dlaczego czasem jeździmy na all inclusive część 2.

Tekst i zdjęcia: Joanna Raszka

Data publikacji: 31.01.2020