Cierpliwość to podstawa podróżowania

Podróże nauczyły mnie przede wszystkim cierpliwości. Spora część włóczenia się po świecie to czekanie na transport, przewodnika, jakieś pozwolenia, etc. Szybkie tempo życia zachodniej cywilizacji nie przystaje do większości miejsc na świecie. Czy to w Afryce czy na Syberii ludzie mają znacznie więcej czasu. Im się nie spieszy, a nas krew zalewa, jak kolejny dzień nie możemy załatwić najprostszej sprawy. Dlatego cierpliwość to podstawa podróżowania.

Tomasz Grzywaczewski

Czy podróżowanie jako sposób na życie to było marzenie i postanowienie, które udało się panu zrealizować czy raczej kwestia przypadku? Co było inspiracją?

Chyba największy wpływ mieli moi rodzice, bo imię otrzymałem po Tomku Wilmowskim, bohaterze cyklu książek przygodowych „Tomek....”, które były ulubioną młodzieńczą lekturą mojej mamy. Sam zresztą też się w nich zaczytywałem. A jako nastolatek uwielbiałem filmy o Indianie Jonesie :)
Ale sam podróżować zacząłem dopiero po trzecim roku studiów. Wtedy zorientowałem się, że przeraża mnie perspektywa ustabilizowanej kariery prawnika, gdy w wieku dwudziestu kilku lat mogę zaplanować całe swoje życie od dyplomu aż po ZUS i emeryturę. Zdecydowałem, że chcę robić coś zupełnie innego. Zafascynował mnie zawód reportera. Zaryzykowałem i zamiast poświęcić się zawiłościom przepisów prawnych ruszyłem w drogę. Choć jestem zdecydowanie zbyt młody, żeby powiedzieć, czy była to dobra decyzja. Na pewno opowiadanie o świecie i ludziach daje mi ogromną satysfakcję i kocham moją pracę.

Czuje się pan bardziej dziennikarzem czy podróżnikiem?

Zdecydowanie czuję się dziennikarzem, a może należałoby powiedzieć – początkującym reporterem z zacięciem badawczym.
W ogóle uważam, że słowo „podróżnik” obecnie straciło trochę sens. Mamy względnie otwarte granice, tanie bilety i Internet. Dzisiaj każdy może podróżować dzieląc się swoimi wrażeniami. I bardzo dobrze. Tym niemniej nie ma już „podróżników” w klasycznym, XIX-wiecznym znaczeniu tego słowa, bo i właściwie nie ma już białych plam na mapie.
Natomiast zostali „odkrywcy” – badacze, których celem jest poszerzanie granic ludzkiego poznania. To mogą być biolodzy, oceanolodzy, archeolodzy, itd. Nieprzypadkowo amerykański The Explorers Club, do którego mam zaszczyt należeć, skupia właśnie „odkrywców”, a nie „podróżników”.
A poza tym ciągle aktualna jest stara profesja reportera. Człowieka, którego zadaniem jest opowiadanie prawdy o świecie. I nie ma znaczenia czy ta prawda dotyczy Białegostoku, wojny na Ukrainie, czy wyspy Pitcairn na Pacyfiku. Misją reporterów jest snucie opowieści po to, abyśmy lepiej mogli zrozumieć zachodzące wokół nas procesy i innych ludzi.

Skąd ten a nie inny „archipelag GUŁag” i wybór Transpolarnej Magistrali Kolejowej?

Archipelagiem GUŁag i szerzej stalinizmem zainteresowałem się jeszcze w liceum. Moja pierwsza książka „Przez dziki Wschód” również oparta jest na historii związanej z radzieckimi obozami koncentracyjnymi. Uważam, że jest to tematyka niezwykle ważna dla nas Polaków. Jednocześnie odnosiłem wrażenie, że zbrodnie nazistowskie i stalinowskie były nierówno traktowane w przestrzeni publicznej.
Widać to choćby w warstwie symbolicznej. Założenie koszulki ze swastyką albo elementów hitlerowskiego umundurowania jest bezwzględnie piętnowane (włącznie z odpowiedzialnością karną). I bardzo dobrze! Ale z drugiej strony sierp i młot albo Che Guevara nie wzbudzają już tak negatywnych reakcji. A przecież komunizm był ideologią tak samo zbrodniczą jak nazizm. Mam wrażenie, że w ostatnich latach sytuacja ulega na szczęście poprawia, ale jednak ciągle komunizm bywa traktowany jako totalitaryzm, ale z ludzką twarzą. O tym zresztą traktuje zakończenie mojej książki.
A Martwa Droga zafascynowała mnie jako monstrualny, a jednocześnie kompletnie zapomniany pomnik szaleństwa Stalina. Namacalne świadectwo zbrodniczych umysłów, które bez zmrużenia okiem zniewalały i mordowały miliony ludzi.

Czy „zwykłą” wyprawę organizuje inaczej niż taką z ekipą filmową?

Tak, szczególnie jeśli zakładamy, że naszym podstawowym celem jest nakręcenie materiału filmowego. Wtedy cały plan wyprawy podporządkowany jest przywiezieniu jak najlepszych zdjęć. Na tym się skupiamy, nawet jeśli oznaczałoby to na przykład, że nie dotrzemy w jakieś miejsce albo zmienimy cel podróży na rzecz lepszych zdjęć w innym miejscu (bo na przykład tam znaleźliśmy ciekawe ujęcia).
W moich dotychczasowych wyprawach filmowanie było jednak celem poboczny, dlatego bardziej nazwałby je dokumentowaniem niż robieniem profesjonalnego dokument. Ale niewykluczone, że wkrótce się to zmieni, bo przygotowuję już kolejne przedsięwzięcia.

Co jest najbardziej zaskakującego w Syberii dla kogoś, kto nigdy tam nie był? Co pana ciągnie w tamte rejony?

Mnie Syberia intryguje na wielu różnych poziomach. Od obezwładniających umysł wielkich przestrzeni i pierwotnej przyrody aż po postapokaliptyczne pejzaże zagubionych w tajdze, na poły opustoszałych ludzkich osiedli.
Ale najbardziej fascynujące jest dla mnie w Syberii to, że ucieleśnia ona Imperium. Rosja bez Syberii nie istnieje jako światowe mocarstwo. A więc Rosja w takim kształcie, w jakim znanym ją od XVIII w., jest w istocie Syberią. To za Uralem bije serce Imperium.
Syberia z jednej strony jest wielka, potężna i nieokiełzana. Tak jak Rosja. Ale jednocześnie pełna ludzkiej nędzy, beznadziei, i fatalistycznego poddania się losowi. Tak jak Rosjanie.
Wreszcie usiana kośćmi pomordowanych wrogów Imperium. Tych prawdziwych i tych wyimaginowanych. Tak jak Rosjanie, Polacy i wszyscy inni, którzy wpadli w łapy Imperium.

Co przywiózł pan stamtąd dla siebie? Co tam zostawił?

Zostawiłem możliwość powrotu do ustabilizowanego i spokojnego życia. Parę lat temu sądziłem, że podróże to być może tylko chwilowa przerwa w klasycznie pojmowanej „karierze” i jak będę chciał – wrócę za biurko. Teraz już wiem, że byłoby to bardzo trudne, ale zapewne nie niemożliwe. Człowiek szybko adaptuje się do nowych warunków, jeśli zostaje do tego zmuszony przez – dajmy na to – okoliczności materialne albo rodzinne.
A przywiozłem może bardziej szerokie spojrzenie na świat, pewność siebie, determinację. A może nie...
Boję się odpowiadać na takie pytanie, bo ustawiają mnie one w pozycji osoby, która już tyle przeżyła, że potrafi z oddalenia spojrzeć na samą siebie. Tak perspektywa zawsze była domeną ludzi starszych, doświadczonych. Ja kimś takim się nie czuję.

Wyprawy zmieniają?

To pytanie należałoby raczej zadać bliskim mi osobom. Rodzinie albo przyjaciołom. Trudno oceniać samego siebie. Myślę, że podróżowanie i wynikający z niego bardzo nieustabilizowany tryb życia mocno wchodzą w krew. Osobiście mam dosyć często problem z powrotem do tzw. codzienności, szczególnie po jakimś niebezpiecznych wyjeździe. Za mało emocji, a za dużo dobijających, rutynowych obowiązków, takich jak chodzenie do sklepu po bułki albo płacenie rachunków ;)
To tak pół-żartem pół-serio. A zupełnie poważnie – podróże nauczyły mnie przede wszystkim cierpliwości. Spora część włóczenia się po świecie to czekanie na transport, przewodnika, jakieś pozwolenia, etc. Szybkie tempo życia zachodniej cywilizacji nie przystaje do większości miejsc na świecie. Czy to w Afryce czy na Syberii ludzie mają znacznie więcej czasu. Im się nie spieszy, a nas krew zalewa, jak kolejny dzień nie możemy załatwić najprostszej sprawy. Dlatego cierpliwość to podstawa podróżowania.

Która była najtrudniejsza?

Nie mam bladego pojęcia. Za to wiem, która była najdłuższa ;) Long Walk z Syberii do Indii śladami polskich uciekinierów z GUŁagu trwał sześć miesięcy, więc chyba w najbliższym czasie trudno będzie mi pobić ten rekord.
Martwa Droga była trudna pod kątem logistycznym, ale sama ekspedycja nie miała jakiegoś szczególnie ekstremalnego charakteru. Zresztą pisząc o marszu przez tajgę, pozwalam sobie nawet trochę zakpić ze zbyt hardcorowego przedstawiania podróżniczych dokonań. Hardcorowe to może być życie na Syberii, ale nie miesięczny wypad za Ural.
Zresztą moich ostatnich podróży nie nazwałbym wyprawami. Wyjazdy do tureckiego Kurdystanu, Abchazji czy Naddniestrza, miały charakter stricte reporterski i po części badawczy. Z kolei do Kamerunu, z którego właśnie wróciłem, pojechaliśmy z konkretną misją upamiętnienia polskiego odkrywcy tego zakątka Afryki – Stefana Szolc-Rogozińskiego.

Jakie marzenia ma pan jeszcze do spełnienia?

Na pewno chcę skończyć moją nową książkę.
Marzy mi się też, że w mediach, a w szczególności w telewizji, znajdzie się wreszcie więcej miejsca na solidne dziennikarstwo międzynarodowe. W moim przekonaniu obecna sytuacja jest tragiczna w porównaniu z innymi europejskimi krajami. Dosłownie na naszych oczach rozpada się dotychczasowy porządek świata, a tymczasem ciągle trudno przebić z tematami spoza naszego polskiego poletka. Znakiem tego upadku stało się zlikwidowanie w 2013 r. redakcji zagranicznej TVP. Telewizja publiczna jednego z największych krajów Unii Europejskiej nie może sobie pozwolić na komórkę odpowiedzialną za sprawy międzynarodowe. Ręce opadają. Wstyd.
Ale w styczniu ogłoszono, że redakcja ta zostanie przywrócona. Mam nadzieję, że to zapowiedź powrotu reporterstwa zagranicznego do naszych mediów. Polacy zasługują na to, żeby w tak niespokojnych czasach dostawać rzetelne informacje o sytuacji międzynarodowej.

Przygotowała Małgorzata Sucharska

TOMASZ GRZYWACZEWSKI

Urodzony w 1986 r. podróżnik, dziennikarz, członek prestiżowego The Explorers Club. Autor książki „Przez dziki Wschód”, relacjonującej Long Walk Plus Expedition, głośnej wyprawy śladami Witolda Glińskiego, polskiego oficera, który w lutym 1942 roku wraz z towarzyszami podjęli udana próbę ucieczki z łagru na Syberii przez Mongolię, Tybet, Nepal. Otrzymał za nią Nagrodę Magellana 2012. Jest również współautorem poświęconego wyprawie filmu dokumentalnego.
W 2013 r. był liderem ekspedycji wzdłuż Transpolarnej Magistrali Kolejowej na Syberii, która była budowana przez więźniów sowieckich łagrów. Opisał ją w „Życiu i śmierci na Drodze Umarłych”.

ArtTravel - Sztuka podróżowania

Tomasz Grzywaczewski był naszym gościem w ramach spotkań z podróżnikami w księgarni w Łodzi. Zobacz relację ze spotkania.