Jadę do Meksyku! – Zatoka Meksykańska

Spadający voladores w El Tajín, plaże nad Atlantykiem, obrzędowe tańce Huasteków, wyprawa na wulkan Pico de Orizaba, smaczna biżuteria z wanilii w Papantli, dziwne obyczaje w 200-letniej kawiarni w Veracruz, oko w oko z potężnym czarownikiem w Catemaco.

MEKSYK

(pow. 1 972 550 km²; republika federalna składająca się z 31 stanów i jednostki administracyjnej zwanej Dystryktem Federalnym, czyli Miasto Meksyk; ludność ponad 112 mln ) leży w Ameryce Północnej i częściowo w Środkowej, nad Oceanem Spokojnym, Zatoką Meksykańską Oceanu Atlantyckiego i nad Morzem Karaibskim. Sąsiaduje ze Stanami Zjednoczonymi na północy i z Gwatemalą i Belize na południu. Oficjalna nazwa: Meksykańskie Stany Zjednoczone. Językiem urzędowym jest hiszpański, 63 języki indiańskie mają konstytucyjny status języków narodowych, ponadto istnieją liczne ich dialekty. Metysi, potomkowie hiszpańskich kolonizatorów i Indian, stanowią 60% ludności, potomkowie Hiszpanów i innych przybyszów z Europy 10%, reszta to Indianie różnych kultur. Do Metysów zalicza się również rasy mieszane – są to potomkowie sprowadzonych do Meksyku czarnych niewolników, którzy łączyli się z ludnością indiańską, metyską i białą. Spośród Indian najliczniejsi są Nahuas (Aztekowie) mówiący językiem náhuatl (w stanach Puebla, San Luis Potosí, Hidalgo, Guerrero), Otomí (stan Meksyk), Majowie (głównie półwysep Jukatan), Zapotekowie i Mixtekowie (stany Oaxaca, Puebla, Guerrero), Huástekowie (San Luis Potosí), Totonakowie (stan Veracruz), Tzotzilowie (Chiapas) Huicholowie (stan Jalisco). Wszystkie te narody przed wiekami tworzyły odmienne wspaniałe kultury. Dominującą religią jest katolicyzm (90%), pozostała część ludności należy do Kościołów protestanckich (5%) i innych wyznań chrześcijańskich (5%). Katolicyzm, głównie wśród ludności indiańskiej, pozostaje w ścisłym związku z reliktami prastarych wierzeń, co jest szczególnie widoczne podczas obchodów świąt ku czci świętych patronów, którym wciąż towarzyszą dawni bogowie.

Kiedy pojechać?

Na wybrzeżu przez cały rok jest ciepło i wilgotno; najczęściej pada od czerwca do września. Od kwietnia do października temperatury przekraczają 30°C; od grudnia do lutego chłodniej jest tylko w nocy, na Pico de Orizaba śnieg i mróz.

Potrawy, smakołyki, napoje

sopa de frijol (zupa fasolowa), empanada de flor de calabaza (pieczony pieróg z kwiatem dyni), zacahuil (duży tamal kukurydziany gotowany w liściach kukurydzy), tamal con flor de izote (tamal z kwiatem juki), guiso de flores de izote (gulasz z kwiatów juki), gorditas (tortilla nadziewana fasolą, awokado, serem i kurczakiem, polana sosem), pipián rojo (potrawa z pestek warzywa podobnego do dyni, z chile i przyprawami), chiles rellenos (nadziewane papryczki), las cazuelitas mexicanas (talerz z tradycyjnymi potrawami), camarones a la naranja (krewetki w sosie pomarańczowym), pescado a la veracruzana (ryba gotowana w sosie z pomidorów, cebuli, oliwek, czosnku i chile), pulpos en su tinta (mątwa w sosie własnym); totopos de maíz (kawałki kukurydzianej tortilli smażone na krucho i posypane cukrem); tepache (sfermentowany sok ananasowy), xanath (likier waniliowy), agua de tamarindo (napój z owoców tamaryszków), napój z mielonych ziaren guarany, pulque (sfermentowany sok liści agawy).

Wyjątkowe zakupy

niedzielny targ w Tancanhuitz, sobotni w Aquismón (miasteczka Huasteków), Mercado Hidalgo w Papantli, sklepy w Diamentowym Zułku w Jalapie, sklepy przy Malecónie w Veracruz, targ Jáuregui (stoiska czarowników) w Catemaco.

WYBRZEŻE ZATOKI MEKSYKAŃSKIEJ

Zatoka Meksykańska obejmuje zachodnią część Oceanu Atlantyckiego. Meksykańskie wybrzeże Zatoki przy ujściach rzek zarasta dzika puszcza, gdzie kwitną orchidee, w lagunach gnieździ się ptactwo morskie. Atrakcją są spływy tratwami. Przy plażach w małych zatoczkach oczekują turystów resorty hotelowe i małe pensjonaty. Najchętniej odwiedzane są plaże Miramar w Tampico, plaża w Tuxpan, gdzie odbywają się zawody wędkarskie i organizowane są wycieczki dla nurków na Isla de los Lobos (Wyspa Wilków), dalej rozciąga się gwarna Costa Esmeralda (Szmaragdowe Wybrzeże). Za kurortem Chachalacas turyści pragnący spokoju znajdą puste plaże z malowniczymi wydmami. Firmy w Jalapie organizują wycieczki na zawsze ośnieżony Pico de Orizaba (5636 m n.pm.), najwyższy w Meksyku wulkan, który „śpi” od 1941 r.

Huastekowie

Huastekowie (ok. 200 tys.) zamieszkują region zwany Huasteca, rozciągający się od wybrzeża na wysokości naftowego portu Tampico i obejmujący część regionu San Luis Potosí. Mówią w języku spokrewnionym z językiem Majów z Jukatanu. Kultura huastecka rozwijała się od ok. 1000 r. p.n.e., po odejściu Majów w tym okresie znalazła się w izolacji; największy rozkwit przeżywała w latach 200 – 1300. W XIII w. powstał główny ośrodek ceremonialny w Tamuín (w j. huasteca „miejsce księgi mądrości”), gdy na obszarze nad rzeką Tamuín i w okolicach miasteczka istniały już piramidy, świątynie i domy kapłanów (z 255 odbudowano ponad 70 budowli). Wśród licznych znalezionych figur przeważają figurki kobiece. W strefie archeologicznej zwanej Tamuín (210 ha) znaleziono w 2005 r. monolit z piaskowca (grubości 50 cm, wys. 8 m, szer. 4 m, o wadze 30 ton) przedstawiający kalendarz lunarny, prawdopodobnie olmecki, z okresu ok. 1150 – 700 p.n.e.
Huastekowie uczestniczą w świętach katolickich, szczególnie czczą Matkę Boską z Gudalupe (święto 12 grudnia) i Michała Archanioła (święto 28 i 29 września), patrona Tancanhuitz. W tych dniach turyści zobaczą w miasteczku Tancanhuitz, usytuowanym w ciasnej górskiej dolinie, a także w wiosce Aquismón obrzędowe tańce huasteckie. Na placu, gdzie będzie się odbywać ceremonia tańca las varitas (paliki), buduje się ołtarz i ustawia ozdobiony kwiatami wizerunek świętego. Mężczyźni, z grzechotkami przy kostkach stóp, stoją w dwóch rzędach, trzymając w prawej ręce drewniany nóż, w lewej ostruganą gałązkę, ozdobioną wstążkami (kolory zawsze takie same: żółty, pomarańczowy, czerwony, biały, niebieski i zielony). Przewodniczy im tzw. starzec (wybierany spośród najbardziej szanowanych osób w społeczności) w masce orła, pomalowanej na biało. Kobiety tworzą koło, ale nie biorą udziału w tańcu mężczyzn. Ceremonia rozpoczyna się wczesnym rankiem; wesoło grają bęben z dziczej skóry i trzcinowa fujarka na powitanie dnia, tancerze imitują lot jaskółek wokół słońca. Następne układy naśladują stąpania leśnych zwierząt, galop konia, skoki królika, lot orła, owijanie się bluszczu wokół drzewa. Ostatni taniec, przed zmierzchem, jest smutnym pożegnaniem, rozlegają się zawodzące okrzyki, żałośnie gra fujarka, cichnie bęben.
Tzacansón (mały taniec) poświęcają Słońcu, Czterem Wiatrom i Matce Ziemi. „Przychodzimy i przynosimy kwiaty”, intonują pieśń na powitanie przy akompaniamencie harfy i gitary, wykonują taniec nietoperza spożywającego owoce, rozlega się pianie koguta obwieszczającego dzień, i najważniejsza część obrzędu: radosny taniec kukurydzy chłodzonej lekkim wiatrem. Kukurydza jest święta u Huasteków, ona ich żywi, z niej narodzili się ludzie.
Turystki chętnie kupują barwne quechquémitles (sczepione po bokach prostokątne płaty materiału), wciąż noszone przez kobiety Huasteków i przez nie tkane i wyszywane. Wzory – stylizowane zwierzęta i kwiaty, drzewka życia, podwójny huastecki krzyż (obydwa równoramienne: w tle grecki, przecięty drugim w kształcie litery „x”) – to dawne symbole religijne.
W okolicy Aquismón są piękne miejsca, np. kąpielisko Tambaque, wodospad Tamul (105 m wysokości) i głęboka na 512 m pieczara zwana Sótano de las Golondrinas (Piwnica Jaskółek), do której można spadać bez przeszkód 376 metrów. Wejście do studni, okrągłe, znajduje się równo z poziomem ziemi. O świcie, zawsze o tej samej porze, wylatują stada jerzyków (nazwa jaskini jest nieprecyzyjna) i zielonych papug. Przewodnicy z dumą poinformują turystę, że w tej „piwnicy” zmieściłyby się trzy boiska piłkarskie i wieża Eiffla.

JALAPA

Uniwersytecka Jalapa, nazywana „Atenami stanu Veracruz”, Miastem Kwiatów (przez Aleksandra von Humboldta w 1805 r.), u nas jest znana dzięki wspaniałej orkiestrze symfonicznej, w której od lat grają polscy muzycy, no i kojarzy się z piękną rośliną jalapą – dziwaczkiem peruwiańskim, który tak naprawdę pochodzi z Meksyku. W języku náhuatl Jalapa znaczy „woda w piasku”; miasto leży na wierzchołku wzgórza na ciepłej wyżynie z mnóstwem rzek, lagun i źródeł, pomiędzy łańcuchem Sierra Madre a wybrzeżem Zatoki Meksykańskiej. Pierwszymi mieszkańcami (1313 r.) byli Totonakowie, którzy sprzymierzyli się w 1519 r. z H. Cortésem, chcąc uwolnić się od konieczności płacenia trybutu Aztekom i dostarczania im jeńców na krwawe ofiary.
W otoczonej ogrodami i parkami Jalapie wąskie uliczki obniżają się raptownie w dół, w Diamentowym Zaułku (Callejón de Diamante) skupiają się bary i restauracje, studenci od lat przychodzą do nastrojowej restauracji i kawiarni Parroquia, sławniejsza jest jednak ta w Veracruz. Budynek Museo de Arqueología, drugiego najważniejszego muzeum w Meksyku, po Narodowym Muzeum Antropologicznym i Historycznym w Parque Chapultepec w stolicy, nawiązuje do architektury Piramidy Nisz w El Tajín. Przestrzeń wystawowa zajmuje obszar 9 tys m². Eksponaty prezentowane są także na trzech dziedzińcach. Do najcenniejszych należą ogromne bazaltowe głowy z terenów zasiedlonych przez Olmeków (San Lorenzo). Zbiory zgrupowano chronologicznie, od najstarszych kultur Olmeków i Totonaków do huasteckiej.

Totonakowie

Totonakowie (ok. 260 tys.) są spokrewnieni z Majami, zajmują obszar na wybrzeżu w obecnym stanie Veracruz, część Sierra Madre (południowej) i północny kraniec regionu Puebli. Obrzęd lotu wokół słupa został wpisany na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO. Płatne pokazy dla turystów odbywają się w El Tajín i Papantli, a także w najczęściej odwiedzanych rejonach m.in. w Parku Chapultepec w mieście Meksyku. Słupy są zwykle umocowane na stałe, jednak prawdziwą ceremonię o charakterze religijnym voladores rozpoczynają ważnym rytuałem wbijania słupa w ziemię.
Zanim to nastąpi, tańczą dookoła wybranego drzewa, składają ofiarę duchom lasu, następnie ścinają drzewo, czyszczą z gałęzi i zanoszą w naznaczone miejsce, wszystko to wymaga odpowiednich rytuałów. Następnie do wykopanego otworu wkładają kukurydzę i kurę albo indyka, czynią alkoholem znak krzyża, po czym wbijają słup, który teraz wyobraża piątą stronę świata i łączy ziemię z niebem. Wybrani czterej tancerze odchodzą w miejsce, gdzie odbędą obrzęd postu. Jeden pozostaje, by czuwać przy słupie do następnego dnia. I oto pięciu mężczyzn wspina się jeden za drugim na szczyt 30-, 40-metrowego słupa, niosąc sznury. Czterej siadają na niewielkich kwadratowych ramach, zwróconych w czterech kierunkach, przywiązują sznury do słupa i obwiązują się nimi w pasie, piąty wspina się jeszcze wyżej i staje na platformie niewiele większej od długości stóp. Uderza w bęben i gra na piszczałce, zwracając się ku czterem stronom świata, wybija stopami rytm, przechylając mocno do tyłu. Nagle przestaje i czterej voladores rzucają się do tyłu głowami w dół, z rozpostartymi rękami, i kręcą wokół słupa, powoli obniżając ku ziemi, w miarę rozwijania się lin. Piąty (zwany kapitanem) gra Pieśń Schodzenia i tańczy na obracającej się platformie. Każdy volador okrąża słup 13 razy, co daje razem 52 obroty symbolizujące 52-letni cykl, w którym pod koniec jego trwania zbiegały się kalendarz rytualny 260-dniowy i słoneczny mający 365 dni. Ceremonia wyraża błaganie o deszcz, dający życie ziemi i ludziom. Voladores w locie symbolizują ptaki (papugi, orły, przedrzeźniacze), wołające deszczu w czasie suszy.

El TAJÍN

Strefę archeologiczną kultury Totonaków (pow. 221 ha), z ok. 260 budowlami, z których dotychczas odrestaurowano ponad 70, otaczają wzgórza porośnięte puszczą. Bujna tropikalna roślinność pochłaniała od XIII w. – gdy Czczimekowie splądrowali Święte Miasto, a jego mieszkańcy odeszli – wspaniałe piramidy ze świątyniami, luksusowe pałace tolteckiej arystokracji i rzeźbione kolumny, rezydencje kapłanów i domy wojowników, 17 boisk do rytualnej gry w piłkę. I tak w ciągu wieków szczęśliwie ukryła największy ośrodek obrzędowy i zarazem stolicę cywilizacji tolteckiej przed oczami Hiszpanów, którzy pod wodzą H. Cortésa w 1519 r. rozpoczęli podbój Meksyku. O istnieniu El Tajín (w j. totonaca „grzmoty i błyskawice”) dowiedzieli się dopiero w 1795 r., kiedy królewski przedstawiciel rządu hiszpańskiej kolonii poszukiwał w okolicy nielegalnych upraw tytoniu, ale już wtedy zabytków kultury indiańskiej nie niszczono.
W 1992 r. El Tajín wpisano na listę UNESCO, wkrótce potem na obrzeżach strefy archeologicznej został utworzony park tematyczny Takilhsukut (Początek; pow. 17 ha, z bogatą infrastrukturą turystyczną; czynny cały rok), a od 2000 r. przez pięć dni (od 17 do 21 marca, w czasie wiosennego zrównania dnia z nocą) odbywa się festiwal zwany Cumbre Tajín, co oznacza zarówno „Szczyt w Tajín”, jak i apogeum rozwoju kultury tolteckiej. W 2011 r. w festiwalu uczestniczyło ok. 400 tys. gości i ponad 5 tys. artystów z całego świata. Plac ze słupem voladores sąsiaduje z głównym wejściem do strefy; w parku Takilhsukut, oprócz instalacji wystawowych, znajdują się prowadzone przez Totonaków działające warsztaty rzemiosła artystycznego, połączone ze sklepikami i szkółkami „nauki zawodu” dla turystów, kuchnie, w których przyrządza się regionalne potrawy, i jadalnie, „nisze” z prezentacją codziennych zajęć, rytuałów, tańców. Totonakowie wytwarzają instrumenty muzyczne (fujarki z drewna i łodyg roślin, bębny obciągnięte wiewiórczą skórą), tkaniny z bawełny i wełny (farbowane naturalnymi środkami i wyszywane), piękne stroje kobiece i męskie ubiory, paski, wstążki, kosze i koszyki z liści palmowych, przystrajane wyszywanymi wzorami, naczynia i figurki z gliny i ceramiki, kapelusze. Tutaj turyści nauczą się wyplatać figurki z lasek wanilii. Stoiska z rzemiosłem artystycznym i sklepy spożywcze (olejki waniliowe, słodycze) i pamiątkarskie (figurki ludzi, ptaków, kwiatów, gwiazdek, koszyczki, szkatułki) w Papantli i Veracruz pachną wanilią. Jaka turystka nie przywiezie stąd pięknej i pachnącej biżuterii z wanilii. Niestety, nie jest ona trwała – prędzej czy później zostanie zjedzona przez domowników lub gości razem ze szkatułką.
Pierwsze świątynie w El Tajín wznieśli budowniczowie nieznanej cywilizacji ok. 100 r. n.e., następne powstawały od VI do IX w. i były dziełem Totonaków, którzy w tym okresie i aż do XIII w. kontrowali wielki obszar od wybrzeży Zatoki Meksykańskiej do Sierra Madre Południowej. El Tajín, z świątyniami na najwyższym poziomie piramid i budowle sakralne, jak boiska do rytualnej gry w piłkę (pelota) i Piramida Nisz, był centrum obrzędowym, a usytuowany na wzgórzu El Tajín Chico (Mały Tajín) z pałacami i budynkami mieszkalnymi, ośrodkiem rezydencjonalno-administracyjnym.
Pirámide de los Nichos (Piramida Nisz), zbudowana z kamieni i niewypalanej cegły (adobe), ma siedem nałożonych na siebie platform, zmniejszających się ku górze. W ścianach platform są wykute kwadratowe nisze, których obramienia były pomalowane na niebiesko, a ścianki na czerwono. Nisz jest 365, co sugeruje, że była to budowla związana ze słonecznym kalendarzem. Istnieje jeszcze jedna piramida z niszami (w Cohualichan, ok. 50 km od El Tajín), także wzniesiona przez Totonaków.

Pachnąca orchidea

Zapewne w tej świątyni składano ofiary Tajínowi, zawiadującemu życiodajnym deszczem, gdyż – powiadają Totonakowie – przyszła tu z pałacu na wzgórzu panna z totonackiego arystokratycznego rodu złożyć ofiarę. Przypadkowo spotkała ubogiego, ale przystojnego myśliwego i natychmiast się w nim zakochała, a on w niej, jednakże, niestety, spodobała się też bogu szczęścia, zwanemu Grubym Bogiem. Panna go nie chciała, bo faktycznie opasły był i paskudny. Uparty i mściwy bóg, którego prawdziwego imienia nikt już nie pamięta, długo nękał ją zalotami, aż kiedyś, ujrzawszy ukochaną w objęciach myśliwego, rozzłościł się okrutnie. I przemienił młodzieńca w drzewo, a pannę w oplatającą to drzewo orchideę. Wyjątkową orchideę o cudownym zapachu – wanilię (xanath).

Artyści

Totonakowie byli doskonałymi artystami. Płaskorzeźby na kolumnach przy otoczonym niegdyś rezydencjami placu na wzgórzu w Małym Tajín opowiadają wydarzenia z okresu panowania jednego z władców, z uwiecznioną datą 13-Trzcina. Zaskoczeniem dla turysty będzie coś znajomego, zupełnie z „innej bajki” – kamienne mozaiki z greckim ornamentem, meandrem. Liczne są pełnoplastyczne rzeźby postaci zoomorficznych, przedstawiających bóstwa panteonu Totonaków (Quetzlcóatl, bogowie śmierci, bóg Tajín). Totonakowie znali technikę malowania al fresco; w El Tajín zachowało się wiele barwnych malowideł o różnej tematyce. W muzeum w El Tajín i w Museo de Cultura Totonaca (Muzeum Kultury Totonackiej) w pobliskiej Papantli można zobaczyć figurki z czerwonawej glinki, tzw. „uśmiechnięte twarzyczki” (caritas sonrientes), typowe dla sztuki regionu Veracruz i kojarzone tylko ze sztuką Totonaków. Postacie te charakteryzuje rozradowany wyraz twarzy o nienaturalnym uśmiechu. Jak dotąd, nie ustalono przyczyny tych emocji, przypuszcza się, że mają związek z ceremonią picia pulque i wyrażają radosny stan upojenia alkoholowego.

Napój bogów

Pewna kobieta imieniem Mayáhuel zauważyła, że pozostawiony dłużej sok z agawy sfermentował; chciała wylać, ale najpierw powąchała i wypiła odrobinę. Był lepszy od świeżego! Bogowie, przed którymi nic się nie ukryje, popróbowali tego białawego ziemskiego napoju. I tak się w nim rozsmakowali, że gdy Mayáhuel umarła, zabrali ją do swej siedziby i uczynili boginią pulque.
Sceny z procesem produkcji i rytuałem picia pulque przedstawiano na reliefach w ośrodkach ceremonialnych już od II w. n.e. Był napojem świętym, spożywanym przez kapłanów, gdyż rozjaśniał umysły, czyniąc bardziej zrozumiałymi przekazy od bogów, zsyłane im w wizjach. Na kamiennych panelach w centralnej części muru Południowego Boiska Peloty (Juego de Pelota Sur) wyryte są sceny obrazujące rytuał pulque (powszechnie znane pod nazwą Bebedores de pulque, Pijący pulque). Obok postaci unoszącej tykwę stoi druga przy glinianej beczce, dalej siedzą Tláloc (bóg deszczu) i Quetzalcóatl (Pierzasty Wąż, bóg cywilizator). Na innym panelu Tláloc podaje tykwę bóstwu rzek (lub kapłanowi w rybiej masce) siedzącemu na dzbanie. W czasach Azteków rytualny napój bogów i kapłanów utracił swą świętość i był tak powszechnie i ochoczo konsumowany, że władze wydały zakaz picia, a niepoprawnych spożywających surowo karały. Jakże zazdrościła nieuprzywilejowana część społeczeństwa tym, którym wolno było pić pulque: ludziom chorym, karmiącym kobietom i starcom.

Papantla

Miasto na zboczu wzgórza założyli Totonakowie w 1230 r. Przy zadrzewionym głównym placu, z ławkami i miejscem dla orkiestry wznosi się XVI-wieczna katedra, zbudowana przez franciszkanów, a tuż przy niej mur (dł. 84 m, szer. 4 m) ze współczesnymi wypukłymi reliefami (1979) przedstawiającymi dzieje Papantli, El Tajín i Totonaków. Są tu bogowie, Piramida Nisz, „uśmiechnięta twarzyczka”, voladores, ołtarz chrześcijański i nawrócony Indianin, żywicielka kukurydza i pnąca się orchidea wanilia. Z postumentu na szczycie wzgórza spogląda piąty volador grający na fujarce. Światło na palcu rzeźby to punkt orientacyjny dla samolotów. W weekendy mieszkańcy Papantli i turyści bawią się i tańczą w parku Téllez.

GŁOWY OLMECKIE

Okres największego rozkwitu cywilizacji Olmeków – matki kultur mezoamerykańskich – przypada na lata 1150–500 p.n.e. Głównym miastem i ośrodkiem ceremonialnym było wówczas San Lorenzo w stanie Veracruz. Kiedy zostało splądrowane ok. 900 r., mieszkańcy przenieśli się do ośrodka La Venta (stan Tabasco), w pobliżu trzeciego ośrodka Tres Zapotes. Znaleziono w nich wyróżniające kulturę olmecką ogromne bazaltowe głowy (3 m wys.). Twarze, sprawiające wrażenie dziecięcych, zawsze są przedstawione tak samo: mają krótkie mięsiste nosy i grube murzyńskie usta z opuszczonymi kącikami ust. Nakrycia głów przypominają hełmy. Olmekowie byli znakomitymi astronomami (posługiwali się dwoma kalendarzami, religijnym – 260 dni, astronomicznym – 365 dni), inżynierami, artystami, znali pismo. Posągi bogów – czcili Upierzonego Węża, Boga-Jaguara i liczne bóstwa przyrody – wykonywali z twardych materiałów, z których najcenniejszy był święty jadeit.
Głowy Olmeków, a także ołtarze, można oglądać w Parku-Muzeum w strefie archeologicznej w Tres Zapotes w podobnym muzeum w mieście Villahermosa oraz w stolicy stanu Veracruz, Jalapie.

VERACRUZ

Znane z piosenki La Bamba, rytmów jarochos (także nazwa mieszkańców stanu Veracruz), rozbrzmiewających każdego wieczoru na głównym placu, jest uważane za najweselsze miasto Meksyku. Mnóstwo tu barów i klubów, a najwięcej przy długiej nadmorskiej promenadzie – Malecón. Tańczy się tu danzón i salsę, a wśród instrumentów króluje marimba. Słynny karnawał w Veracruz rozpoczyna się od „spalenia złego humoru”; przez 9 dni mieszkańcy i turyści bawią się na placach i w lokalach, ulicami miasta defilują parady karnawałowe, przebierańcy na carros alegóricos (wozach alegorycznych) tworzą żywe obrazy. W dwóch ostatnich miesiącach sierpnia odbywa się Festiwal Karaibski, z muzyką i tańcami grup folklorystycznych z wysp Morza Karaibskiego. Zauważa się u niektórych mieszkańców Veracruz cechy rasy czarnej. Miasto było w wicekrólestwie Nowej Hiszpanii głównym portem, przyjmującym statki z „hebanowym ładunkiem”, jak nazywano murzyńskich niewolników.
Miasto odegrało ważną rolę podczas wojennych zawieruch, także otrzymało tytuł „cztery razy bohaterskie”.
Ulicami Centro Histórico jeździ tramwaj turystyczny, w przystani przy Malecónie czekają na turystów łodzie wycieczkowe, organizowane są wycieczki dla nurków do podwodnego parku obejmującego przybrzeżne wysepki (są tam też wraki statków). Wchodząc do owalnego Akwarium (9 ogromnych zbiorników z fauną słodkowodną, 15 z morską), zwiedzający nagle znajdą się w środku oceanu. Meksykańskie więzienie, budzące niegdyś grozę, jest teraz atrakcją turystyczną. To XVI-wieczna forteca, która broniła portu przed piratami, Hiszpanami, Francuzami, Amerykanami. Do wybranych trzech cel o najgorszych warunkach Porfirio Díaz wysyłał swych przeciwników politycznych; nikt stamtąd nie wychodził żywy. Cele nazywały się El Purgatorio, El Infierno i La Gloria (Czyściec, Piekło i Niebo). W forcie Santiago, z połowy XVI w., warto zobaczyć wystawę złotej biżuterii prekolumbijskiej, Las Joyas del Pescador (Klejnoty Rybaka). Skarb znalazł przypadkiem pewien rybak. Powiadają jarochos: „jeśli byliście w Veracruz, a nie poszliście do Gran Café de la Parroquia, to nie mówcie, że byliście w Veracruz”. Więc chodźmy.

1808 Gran Café de la Parroquia

Pierwszą kawiarnię, a właściwie tawernę, podobnych do tych, jakie widywał w portowych miastach w ojczyźnie, założył w 1808 r. emigrant z Królestwa Hiszpanii, José Capdeville, nazywając Caballo Blanco (Biały Koń). Na brak klienteli nie narzeka – stoliki godzinami zajmują ważni obywatele miasta, którzy spiskują przeciwko hiszpańskiemu królowi, a że José jest Katalończykiem, raduje go taki stan rzeczy i czeka na rozwój akcji. W 1810 r. wybuchła wojna o niepodległość. Konsumenci dołączają do powstańców, czyli republikanów, a ich miejsca zajmują Hiszpanie (głównie generałowie) i meksykańscy rojaliści (głównie piastujący zaszczytne urzędy), zwolennicy starego porządku. Będą tak siedzieć do 1823 r., a gdy zrobi się niebezpiecznie, zamkną się w forcie Ulúa, po czym we wrześniu zbombardują port i miasto. W 1825 r. hiszpański garnizon, już ostatni w Meksyku, składa broń przed generałem Ciriaco Vázquezem, który zapewne idzie świętować, ale już nie do Białego Konia, tylko do otwartego rok wcześniej (1824) nowego lokalu naprzeciwko kościoła parafialnego. Nazywa się Gran Café de la Parroquia, czyli Wielka Kawiarnia Parafii, i oprócz potraw śniadaniowych i przekąsek, są tam również smaczne ciastka.
Sala pełna, rozlegają się wiwaty, bo wreszcie i do Veracruz zawitała niepodległość, ogłoszona w Meksyku już w 1821 r. Radość nie trwa długo; młoda republika nie jest stabilna, wybuchają rebelie, zmieniają się prezydenci, skarb państwa świeci pustkami, rząd generała Antonia Lópeza de Santa Anna nakłada coraz to nowe podatki, wymusza pożyczki. Ślą skargi do swoich rządów mieszkający w Meksyku przedsiębiorcy francuscy, angielscy, hiszpańscy. Bywalcy kawiarni wzruszają ramionami: Meksykanie też ucierpieli i się nie skarżą... bo przed kim. Sprawa jest ważniejsza: meksykański Teksas... Pozwolono osiedlać się Amerykanom, a ci w 1836 r. ogłosili niezależność. Samozwańczy prezydent López de Santa Anna wyruszył z ekspedycją karną, przegrał bitwę nad rzeką San Jacinto, bo urządził sobie sjestę, dał się złapać i za uwolnienie podpisał układ pokojowy, uznający niepodległość Teksasu... W wojsku Sama Hustona byli jacyś Polacy z powstania listopadowego. A teraz ta wojna o ciastka... W 1832 r. oficerowie Lópeza de Santa Anna zjedli ciastka w restauracji monsieur Remontela w miasteczku Tacubaya i wyszli, nie płacąc rachunku... Monsieur wysłał oficjalne pismo z żądaniem rekompensaty i jej nie otrzymał. Jest rok 1838. Dziesięć francuskich okrętów wojennych wpływa do Veracruz, blokuje wejście do portu. Francja domaga się odszkodowania za straty, jakie ponieśli francuscy kupcy i wytwórcy podczas niekończącej się wojny domowej w Republice Meksyku. Generał López de Santa Anna, który znów utracił prezydenturę (był prezydentem Meksyku 11 razy, średnio po kilka miesięcy, w latach 1833–1855), ostrzeliwuje okręty francuskie i podczas wymiany ognia kula armatnia urywa mu nogę. Mieszkańcy Veracruz (nie wszyscy) odprowadzają nogę na miejsce wiecznego spoczynku w pobliskiej hacjendzie Santa Anny, ogłaszają go Wybawicielem Ojczyzny, a wybawiciel ponownie obejmuje władzę. Zwolennicy bohatera narodowego celebrują stypę w Café de la Parroquia.
Jest rok 1842. Zbliża się ważny dzień w historii Meksyku: 21. rocznica niepodległości. Prezydent López de Santa Anna rozkazuje ekshumować nogę i przywieźć do stolicy. W noc poprzedzającą uroczystość najświetniejsze damy z kręgów wojskowo-rządowych uczestniczą w velorio (czuwanie przy zmarłych) w kościele. Następnego dnia rano biskupi odprawiają egzekwie i mszę św. nad ciałem zmarłej... nogi, składają dziękczynienia Bogu „za wszelkie dobro, jakie uczyniła”, chóry śpiewają hymny, przedstawiciele rządu wygłaszają przemówienia. Noga w kryształowej trumience jest wynoszona z kościoła i w długim kondukcie pogrzebowym odprowadzana na cmentarz Santa Paula, gdzie już czeka ogromny rzeźbiony i złocony grobowiec. Za trumienką idą nieutuleni w żalu krewni nogi i przyjaciele oraz wszyscy najważniejsi w stolicy, także ambasadorowie obcych mocarstw, dwa regimenty piechoty i szwadron jazdy, którym towarzyszą orkiestry, a na końcu zszokowani zwyczajni obywatele Meksyku. Długo grzmią salwy honorowe...
Jarochos w Café de la Parroquia opowiadają dowcipy, zaśmiewają się nad karykaturami, poeci amatorzy układają satyryczne wiersze. Tymczasem rezydenci cmentarza Santa Paula, urażeni obecnością niekompletnego nieboszczyka wśród nich, wystosowali list protestacyjny do Kongresu, o czym naród dowiedział się pewnego wieczoru w teatrze. Dwa lata później tłum obalił pomnik, wyciągnął z grobowca „łapę dyktatora” i przywiązaną na sznurku włóczył ulicami miasta. Sfatygowaną nogę odebrał tłumowi po długich i ciężkich zmaganiach oddział generała Garcíi, ale gdzie generał ją ukrył, nie wiadomo.
Lata 1861 i 1862. Po ogłoszeniu przez prezydenta Benito Juáreza, że rząd meksykański zawiesza spłatę długów państwowych, do portu w Veracruz wpływają okręty angielskie, hiszpańskie i francuskie. Anglicy i Hiszpanie zawierają pokojowe porozumienia, Francuzi odrzucają wszelkie propozycje i pozostają. Napoleon III, cesarz Francuzów, ma plany: utworzyć cesarstwo meksykańskie, posadzić na tronie arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, brata miłościwie panującego Franciszka Józefa I, cesarza Austrii, i uzależnić Meksyk od Francji. Rok 1864. Do portu wpływa „Fregata Novara” z arcyksięciem Maksymilianem Habsburgiem i jego małżonką, belgijską księżniczką Carlotą. Konserwatyści wybiegają na powitanie przyszłego cesarza, liberałowie zostają i nadal piją „kawę, taką, jaka powinna być” („El café como debe ser”), jak głosi hasło kawiarni. Właśnie kelner przynosi i nam... Co to jest? W wysokiej szklance ociupinka czegoś gęstego i czarnego jak smoła, wprawdzie pachnie wspaniale, tylko... jak toto wypić? Poczekajmy, zobaczymy, co zrobią inni. Tymczasem do portu wpływa następny statek. Liberałowie marszczą brwi: znów jakieś obce wojska. Z pokładu okrętu „Peruvian” dziarskim krokiem wymaszerowuje 350 polskich ułanów. Chłopcy formują oddziały i czekają, czekają... Konserwatyści, zwolennicy cesarza Maksymiliana, nie dostarczyli im koni. Ułani zarzucają siodła na plecy i w szyku pieszym wloką się po tropikalnych wertepach w miejsce przeznaczenia.
„Biedny Meksyk, tak daleko od Boga, a tak blisko Stanów Zjednoczonych”, powtarzają goście Parroquii słowa dyktatora Porfiria Díaza. Będąc generałem, pomógł B. Juárezowi pokonać dyktatora Lópeza de Santa Anna, przegnać Francuzów i obalić monarchię Maksymiliana. Zostawszy prezydentem, Juárez odebrał majątki klasztorom i Kościołowi, rozpędził zakony, wprowadził śluby cywilne („tak daleko od Boga”). W okresie dyktatury Porfiria Díaza (zwanej porfiriatem 1876–1911), w kraju rządzonym twardą ręką ustały wyniszczające wojny domowe, wszczynane przez różnych szefów wojskowych, rozwinął się przemysł i handel, powstała sieć kolei żelaznych. Zapełniły się również więzienia z przeciwnikami politycznymi dyktatora.
W Veracruz jeździ już tramwaj. Codziennie, zawsze o tej samej porze, przystaje przed Gran Café de la Parroquia. Konduktor dzwoni, kelner wychodzi, podaje mu kawę, tramwaj odjeżdża.
W 1890 r. tramwaj przejechał obok kawiarni, nie zatrzymując się... Zaniepokojony właściciel wyszedł, zatrzymał następny tramwaj i dowiedział się, że konduktor zmarł. Przekazał wiadomość gościom. A wtedy wszyscy obecni zaczęli dzwonić, uderzając łyżeczkami o szklanki... Zadzwońmy i my. No właśnie, przychodzi kelner z metalowym czajnikiem i z wysokości pół metra wlewa do szklanek z kawą gorące mleko. Tylko tutaj taka kawa nazywa się lechero i tylko w tym jedynym miejscu w Meksyku tak przywołuje się kelnera, od pamiętnego 1890 roku. To zwyczaj uświęcony tradycją.
Porfirio Díaz w 1911 r. został wygnany z kraju. Zjadł w Café de la Parroquia śniadanie, wypił kawę i odpłynął na statku „Ypiranga” do Francji. Zaczęła się rewolucja meksykańska: Pancho Villa, Madero, Zapata, Huerta, Carranza, Obregón walczyli z sobą, zawierali sojusze i je zrywali, nasyłali na siebie skrytobójców... i tak przez ponad 10 lat.
Nostalgiczne lata 30. XX w. Do Gran Café de la Parroquia przychodzą mariachi, piosenkarze, aktorzy, poeci, dziennikarze i reszta świata. I słynny kompozytor Agustín Lara ze swoją ukochaną, słynną aktorką Maríą Félix. Lara śpiewa tutaj piosenkę Veracruz, goście proszą jeszcze o Solamente una vez, która obecnie króluje w repertuarze wielkich tenorów. Słowa przetłumaczono na wiele języków, m.in. na łacinę (Solum semel amavi in vitam. Solum semel non ultra; dosł.: Tylko raz kochałem w życiu. Tylko raz, nie więcej).
Przez te wszystkie lata przychodzili (dopóki nie odeszli na zawsze) i teraz też przychodzą ludzie różnych rang i zawodów, politycy, przedsiębiorcy, dziennikarze, studenci i turyści. Na fresku, namalowanym w kawiarni w 1989 r., widać port Veracruz, krzyż, okręt, marimbę, tłumy ludzi w ubiorach z różnych epok, tramwaj z pasażerami. Malowidło nosi tytuł Todos vuelven (Wszyscy wrócą).

CATEMACO – List polecający do czarownika

„Wróciwszy do pensjonatu, zastałam koleżanki – studentki Narodowego Autonomicznego Uniwersytetu Meksykańskiego (UNAM) – siedzące przed telewizorem. Dobiegało końca spotkanie profesorów uniwersytetu, naukowców różnych dziedzin, lekarzy i psychologów z Gonzalo Aguirre z Catemaco, które prowadził Jacobo Zabludowski, znany reporter meksykańskiej TV, słynny z ciętego języka. Czarownik mówił o Bogu, Szatanie, sposobach leczenia rozmaitych chorób, o rzucaniu złych uroków i odczarowywaniu tychże. Zdziwiło mnie, że choć bohater programu mówił rzeczy absurdalne, zebrani kierowali doń pytania ze śmiertelną powagą i nawet nieśmiało, natomiast „ten” Zabludowski odnosił się do swego rozmówcy z niespotykaną u niego uniżonością i szacunkiem. Najbardziej jednak zdumiały mnie informacje o filantropijnej działalności znachora – ufundował w swoim mieście pomnik Matki, zbudował centrum medyczne, wyposażył kilka szpitali...
W jakiś czas potem znajomy malarz wiedząc, że wybieram się w podróż po Jukatanie, skontaktował mnie z Elsą Aguirre, mieszkającą wówczas w mieście Meksyku, córką czarownika. Dzięki temu spotkaniu otrzymałam list polecający do czarownika. Catemaco (w stanie Veracruz), otoczone górami i wzgórzami porośniętymi tropikalną bogatą florą leży nad prze¬piękną ciepłą laguną o tej samej nazwie. Kolonialne domki, wąskie kamieniste uliczki, ocienione pachnącymi krzewami z rojem różnobarwnych ptaków i motyli, luksusowe hotele i restauracje, także skromniejsze pensjonaty, a do tego fama „miasta czarowników” tworzą jeszcze jeden w Meksyku raj dla turystów. Catemaco to przede wszystkim miasto czarowników, i rzeczywiście: słowo brujo – czarownik – we wszystkich możliwych odmianach wpada w oczy dosłownie na każdym kroku, panosząc się w nazwach ulic, hoteli, restauracji, łodzi, taksówek, ciężarówek, sklepów detalicznych, magazynów, kiosków z napojami chłodzącymi albo małych wózków z lodami (niektóre z nich: Mała Czarownica, Czarownik, Piękna Czarodziejka, Wielki Czarownik, Zaczarowany etc, etc.). Można by pomyśleć, i oczywiście tak jest, że w ten to oryginalny sposób dowcipni Meksykanie sprzedają swoje turystyczne atrakcje: malownicze miasteczko, lagunę i baśniowych czarowników na do¬kładkę, ponieważ prócz wspomnianych szyldów również przy każdej niemal ulicy można zobaczyć tabliczkę z informacją: brujo albo bruja oraz imię i nazwisko bądź tylko imię. Ale do Catemaco nie przyjeżdżają tylko turyści, lecz przede wszystkim pacjenci, a mieszkańcy, choć na pewno żyją z przybyszów, dalecy są od strojenia sobie żartów, bo to przecież miasto Złego i nie wiadomo, co się zdarzyć może.
A może – bardzo wiele, więc lepiej nie .spacerować po zachodzie słońca. Wtedy zwykle pojawia się llorona, a jak ukaże swą trupią twarz, człowiek umrze ze strachu albo zapadnie na ciężką chorobę. Ona nawet potrafi odebrać pieniądze i nakrzyczeć! A w lagunie czyha Chaneca – wiatr laguny. Straszy pod postacią dziecka o czarnej twarzy. Zamienia krew w wodę, co powoduje śmierć albo powolną utratę sił. Jest niedobra dla rybaków. Dlatego każdy, kto wypływa na połów, musi wziąć z sobą copal (żywica niektórych drzew uważanych za magiczne). Kiedy pokaże się Chaneca, a ona zjawia się nagle, trzeba rzucić w powietrze copal, ona natychmiast porywa kawałki i zjada. I bardzo się cieszy, a nawet, jak chce, spełnia ludziom ich życzenia. Niedobrze spotkać o zmroku zwierzę: psa, osła albo muła, bo nigdy nie wiadomo, co to jest naprawdę. Mściwe złe moce albo duchy często zamieniają się w zwierzęta i straszą. A jak się ktoś przestraszy, wtedy bardzo choruje – nie je, nie pije, nie mówi, nie słyszy i boi się.
Ulicami czasem chodzi trup bez głowy i blada Xtabay i też straszą. Ale najgorzej, jak kto zobaczy tego diabła Gonzalo Aguirre – on biega nocą po ulicach Catemaco
pod postacią wieprza i najbardziej straszy ludzi. To największy i najgroźniejszy ze wszystkich czarowników. Pokumał się z samym Szatanem i czyni wiele złego. Najczęściej spotykaną chorobą u mieszkańców Catemaco jest espanto – strach. W mieście na szczęście działa bardzo wielu czarowników i czarownic, którzy leczą tę dolegliwość i wiele innych. Najpopularniejszym sposobem zwalczania wielu schorzeń jest „czyszczenie jajkiem”. Czarownik lub czarownica wysysa z nadgarstków, czoła i karku pacjenta chorobę, następnie pociera jego ciało copalem, skrapia specjalną „wodą siedmiu du¬chów” i dotyka jajkiem. Czyni wielokrotnie nad szklanką z wodą znak krzyża, po czym rozbija jajko i wlewa je do naczyńka, lub też każe choremu roztłuc i włożyć do wody. Jeśli jajko w wodzie jest czyste, wówczas pacjent został uleczony, jeśli nie, kurację należy powtórzyć. Metodą czyszczenia jajkiem leczy się rozmaite choroby: bóle głowy, zapalenie płuc, schorzenia układu pokarmowego, raka i oczywiście najczęściej – espanto. Bardzo często jajko „wyciąga” z chorego bezpośredni powód jego niedomagań. Po skończonej kuracji, kiedy już czarownik albo pacjent rozbije jajko, można w nim zobaczyć prócz zwykłego białka i żółtka, patyk, igłę, guzik, kamyk, żyletkę, robaka – zależy co spowodowało chorobę. Wymienione przedmioty naprawdę mogą znajdować się w jajku i nie jest to złudzenie: widziałam w rozbitym przy mnie jajku kłębek włosów. Może zepsuję Czytelnikom wraże¬nie, ale wolę od razu podać przepis na meksykańskie gusła: do naczynia z roztworem octowym włożyć świeże jajko i pozostawić na kilka godzin. Nie dotykać. Następnie wyjąć bardzo ostrożnie i przez rozmiękczoną skorupkę delikatnie wprowadzić żądany przedmiot i włożyć jajko do zamrażalnika. Po stwardnieniu skorupki rozbić i wlać do szklanki z wodą. Ale w jaki sposób można włożyć do małego kurzego jajka duży kawał cuchnącego schorowanego organu, na przykład nerkę i wyciągnąć ją po roztłuczeniu skorupki – tego nie wiem.
Catemaco i sąsiadujące z nim miasteczko Santiago Tuxtla od kilkudziesięciu lat słyną z czarowników. Ludzie z melancholią wspominają tych największych, którzy już odeszli: Manuela Carbajala, Ixtepana Utrerę, Pastiana. Pozostawili oni po sobie legendę, podziw i zabobonny lęk. Teraz też działają czarownicy, ale nie mają już takiej mocy. Oprócz Gonzalo Aguirre – bo to największy i najstraszliwszy czarownik spośród wszystkich żywych i umarłych. Ludzie z miasteczka boją się go i nienawidzą, choć nie czyni tylko samych złych rzeczy. Ale to diabeł! Zamieniony w wieprza biega po ulicach i straszy, i rzuca złe uroki. Wiele nieszczęść ściągnął na miasto. A jego szef to Szatan, dlatego ten czarownik jest taki potężny. Wszystko może.
Gonzalo Aguirre przyjmuje w dużej ładnej willi o nazwie „Brinco del León” („Skok Lwa” – na bramie widnieje namalowany przez miejscowego artystę obrazek skaczącego lwa). Czarownik jest wysoki, dość tęgi, łysy o indiańskich i raczej majowskich rysach twarzy z odległymi śladami cech białej rasy. Podaję mu ów list polecają¬cy i zaczyna się nieprawdopodobna rozmowa:
– Nie trzeba cię leczyć, bo jesteś zdrowa, ale jak masz wroga, to tak zrobię, że on umrze nagłą śmiercią. Albo zadam mu ciężką chorobę.
Nie byłam przygotowana do rozmowy z czarownikiem, nie jestem dziennikarką i nie umiem panować nad żywym materiałem. Dałam się zaskoczyć, ponadto towarzyszyli mi dwaj Meksykanie (wykładowcy z UNAM, socjolog i historyk), którzy bardzo nie chcieli poznawać mnie z – w ich pojęciu – najbardziej wstydliwą stroną meksykańskiej rzeczywistości i od początku odradzali to spotkanie, a potem, podczas całej wizyty, przerywali rozmowę z czarownikiem w momentach, jak sądzili, najbardziej żenujących. Tymczasem pan Aguirre wyraźnie chciał mnie przestraszyć. Ponieważ nie mia¬łam wroga, który by zasłużył sobie na tak okrutny los, czarownik zaproponował mi podróż na jeden z pięciu światów. Wcześniej musiałby wzmocnić mój organizm – bo to trudna i daleka podróż, choć trwałaby zaledwie dwanaście godzin. Należało przedtem wypić „taki płyn z rozpuszczonymi witaminami”. Zanim zdążyłam odpo¬wiedzieć, jeden z Meksykanów oświadczył, że nie mamy czasu, ponieważ jedziemy na Jukatan. Ze swej strony wybrałabym się może na jeden z pięciu światów, gdyby nie konieczność wzmacniania organizmu. Ale czarownik nie rezygnował i następnym jego ruchem było zaproszenie na Cerro del Mono Blanco (Góra Białej Małpy). Miał tam spotkanie ze swym dobroczyńcą i pa¬tronem.
– Kim on jest?
– Nazywa się Adonai. A ja jestem jego reprezentantem na tej Ziemi. Chodź, tam jest jego obraz.
Odsunął kurtynę. Na ścianach pokoju wisiały szafki i półki ze słoikami wypełnionymi jakąś cieczą, suszonymi ziołami i zwykłymi aptecznymi fiolkami, pełnymi pigułek i proszków. W dwu rogach pomieszczenia stały dwa ołtarze, na jednym był dość duży krzyż z po¬stacią Chrystusa, a na drugim pokaźna krwistoczerwonej barwy figura przedstawiająca diabła (spreparowana ryba zwana diabłem morskim, nieco „podrasowana”).
– A ja nazywam się Król Pierwszy. Tak kazał Umiłowany, Adonai, Przyjaciel. On dał mi moc. Jak będę chciał, to podniosę ciężarówkę. Wroga zamienię w żabę albo osła, albo uzdrowię już prawie umarłego. Tutaj więcej się mnie boją i nienawidzą, a przecież leczę ich za darmo, pożyczam albo daję pieniądze. Tak. Leczę ziołami i wita¬minami i jeszcze inaczej, ale to tajemne sprawy. Pomaga mi Przyjaciel Adonai i Bóg. Bo ja nie tylko pracuję na szkodę ludzi. Adonai nie jest zawsze taki zły. Tylko czasem. Ale to jego sprawy. On mi kazał pomagać ludziom i także służyć Bogu. Jak zaczynam pracować, to wzywam ich obu: „W imię Boga Najwyższego i Umiłowanego Adonai...” Chyba że czynię zło, to wtedy wołam tylko Adonai...
– A to wszystko zaczęło się, jak spotkałem mojego chrzestnego Utrerę, to był wielki czarownik. On mi powiedział, że jestem głupi. Byłem wtedy dzieckiem i często chodziłem głodny. A on wiedział, że ja mam specjalny dar, tylko że nic z nim nie robię, i jeszcze mi powiedział, że mój los się odmieni. Zaprowadził mnie na Górę Mono Blanco i tam uczyniłem pakt z Szatanem. Ofiarowałem mu swoją duszę na wieczne potępienie w zamian za jego łaskę. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Miałem co jeść i miałem pieniądze. Przyjaciel dał mi moc, a ja i tak jeszcze przez wiele lat uczyłem się medycyny. No... zbierałem i uczyłem się właściwości ziół. l jeszcze studiowałem tajemne księgi. Mogę czynić zło i czynić dobro. Na samym początku razem z Adonai czyniliśmy wiele złego. To jest najłatwiejsze. Sprowadzałem okropne bóle na moich wrogów. Teraz z Bogiem i Umiłowanym Adonai czynimy tylko dobro, chyba że ktoś bardzo mnie zezłości. Czarownicy stąd, z Catemaco, to zazdrośnicy. Próbowali rzucać na mnie złe uroki. Ale nic mi nie mogli zrobić. Ja jestem Pierwszy Król Najsilniejszy. Jednemu odjąłem mowę, drugiego zrobiłem impotentem, a trzeciego zamieniłem w muchę. Sam się przemieniłem w żabę i go zjadłem. Nikt mi nic nie zrobi, bo ze mną jest Przyjaciel. Nie, nie boję się potępienia, bo przez te czterdzieści lat razem z Bogiem i Adonai uczyniliśmy wiele dobrego ludziom. Przez to już wybawiłem moją duszę. Przecież na świecie zawsze było i dobro, i zło. A czynić dobrze jest trudniej niż czynić źle. Łatwiej zadać komuś chorobę niż ją wyleczyć. Uzdrowiłem takich, co już chcieli umrzeć i lekarze nie wiedzieli, co im dać. Skąd myślisz, że mam tyle pieniędzy? Od ludzi, bo mi są wdzięczni. A daję pieniądze szpitalom, tutaj jest ośrodek zdrowia – wszystko za moją pracę. Mam dziewięcioro dzieci i wszystkie posłałem do szkół i na uniwersytety. Bo ja nie mogłem się uczyć. Byłem biedny. Niektórzy są już lekarzami. Ale nie znają się dobrze na ziołach i leczą po swojemu. Ja też daję chorym lekarstwa z apteki. Adonai nauczył mnie jakie na co i wiem o pigułkach więcej niż najlepszy lekarz. Czasami robię chorym czyszczenie jajkiem z pomocą białej magii, takiej co to każdy stąd potrafi, albo czarnej magii. Albo każę im opuszczać naszą planetę na pół doby, żeby leczyli się w innych światach. Ja też podróżuję, zawsze można coś nowego obejrzeć i czegoś się nauczyć. A czasem leczenie choroby jest takie, że muszę zamienić się w dzika albo węża. Tak. Odprawiam czarne msze, ale nie często, tylko dwa razy do roku. Taki zrobiłem pakt i to był warunek. A tam, na Cerrro de Mono Blanco (Góra Białej Małpy), gdzie mieszka Przyjaciel. Ja wiem, ty może byś i poszła ze mną, ale ci dwaj cię pilnują. A on wcale nie jest straszny, jak nie chce. Uczyniliśmy razem i z Bogiem wiele, wiele dobrego. Jak będziesz o mnie pisać w tej Bolonii to pamiętaj, że o mnie piszą zawsze dobrze. Byli tu już dziennikarze stamtąd („stamtąd”, czyli ze Stanów Zjednoczonych. Tak mówią Meksykanie o kraju swoich sąsiadów), z Francji, z Niemiec, z Kanady. Niektórym to nawet pomogłem w paru sprawach. To jedź już na Jukatan.
Nie pojechaliśmy w tym dniu. U stóp Góry Białej Małpy warknęło coś w samochodzie i silnik przestał pracować. Czy była to sprawka Umiłowanego? Noc paliła się gwiazdami wiszącymi tuż nad głową i fruwały roje zielonych cocuyos – robaczków świętojańskich. Jeszcze w Catemaco spisałam tę rozmowę i wcześniejsze opowieści mieszkańców miasta czarowników.
Llorona – rodowód jej sięga czasów Moctezumy II, kiedy to przed przybyciem Cortésa zaczęły pojawiać się złowróżbne znaki, obwieszczające upadek imperium. Kobieta w czarnej szacie opłakiwała przyszły los mieszkańców Doliny Meksyku. W okresie rewolucji meksykańskiej przybrała postać żałobnej matki, żony, siostry opłakującej śmierć w walce syna, męża albo brata.
Xtabay – w mitologii Majów bogini kukurydzy, z czasem, podobnie jak llorona, zdegradowana do roli pospolitego straszydła.
Przemiana w zwierzę – w wierzeniach ludowych w Meksyku i Ameryce Środkowej człowiek ma drugą duszę zwaną naualem; jest to dusza określonego zwierzęcia, posiadająca szczególną moc, którą wtajemniczeni czarownicy wykorzystują do czynienia dobra lub zła. Czarownik może wysłać swojego nahuala do ciała zwierzęcia i nim kierować.”
Cytowany tekst (Od tłumaczki), w porozumieniu z autorem, dołączyłam do książki José Cayueli Wyznania czarownic, wydanej w 1990 r. Pominęłam z wypowiedzi Gonzalo Aguirre jego przechwałki o tym, że „pracował” dla słynnych sportowców, aktorów i polityków, że pomagał zagrożonym członkom rządu unicestwić „negatywną energię”, wysyłaną przez ich przeciwników politycznych za pośrednictwem innych czarowników. Jak się jednak okazało, nie były to bajdurzenia – prezydenci i gubernatorzy stanów przed wyborami i podczas sprawowania urzędów korzystali z usług brujos z Catemaco, szamanów kubańskiego kultu santería, czarowników vudú z Haiti, różnych jasnowidzów, astrologów, spirytystów, a nawet istot pozaziemskich zwanych „Majami intergalaktycznymi”. Szczególnie ci ostatni mieli ogromy wpływ na decyzje polityczne Lópeza Portillo, zniewolonego przez praktyki magiczne swej żony Carmen Romano i siostry Margarity López Portillo (była szefem Canal 13 TV i dyrektorem generalnym Radio Televisión i Cinematografía; obie te instytucje doprowadziła do bankructwa). W okresie prezydentury Vicente Foxa ceremonie ezoteryczne odbywały się w Pałacu Prezydenckim. Carlos Salinas, zanim sam został prezydentem, sprowadził czarowników z Haiti, by „czyścili umysł” urzędującemu prezydentowi M. de la Madrid, co miało zapewnić Salinasowi manipulowanie postanowieniami rządu. Powiązania polityków z brujos nie są w Meksyku tajemnicą. Od czasu gdy zelżała cenzura, ukazują się na ten temat reportaże w prasie, m.in. w renomowanych tygodnikach „Proceso”, „La Prensa”. W 2009 r. José Gil Olmos – znany dziennikarz „Proceso” – wydał książkę Brujos del poder. Esotería en la política mexicana (Czarownicy władzy. Ezoteryka w polityce meksykańskiej).
Czarownicy z Catemaco mają teraz pełne ręce roboty – zbliżają się wybory prezydenckie (lipiec 2012). Są podzieleni na partie polityczne, walka będzie ostra. Faworytem Isabel Aguirre, córki Gonzalo, jest Enrique Peña Nieto z Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej. W „Brinco de León”, po śmierci Gonzalo Aguirre przyjmuje Rafael, jego syn, z zawodu lekarz, który łączy wiedzę medyczną z wiedzą tajemną. Własne „gabinety” mają córki Elsa i Yolanda, inni synowie Brujo Mayor (Naczelnego Czarownika Catemaco), a także jego bracia, kuzyni i ich liczni potomkowie. Są właścicielami sieci aptek, sklepów, zakładów rzemieślniczych, agencji turystycznych, hoteli i pensjonatów. Głównych czarowników w Catemaco jest kilku – to dawni asystenci Gonzalo Aguirre. W rocznicę jego śmierci spotykają się w „Brinco de León”, by spełnić szczególny rytuał.
Wszyscy w Meksyku znają Naczelnego Czarownika Antonia Vázqueza Albę. Mieszka w małym miasteczku Santiago Tuxtla, koło Catemaco, ale jest Naczelnym Czarownikiem całego Meksyku. Tak o sobie mówi, przeciwko czemu protestują czarownicy z Catemaco, z których wielu nosi ten tytuł. Ale tylko on występuje w telewizji, i to często, przepowiada wydarzenia w sporcie, w polityce, życiu wielkich gwiazd i ludzi znanych. Kiedy na stadionie Azteca w stolicy reprezentacja Meksyku rozgrywa ważny mecz, za odpowiednią opłatą „oczyszcza” miejsce ze złych mocy i energetyzuje zawodników. Na początku każdego roku wieszczy, co się wydarzy w świecie. Otóż w 2012 r. Obama przegra wybory, w Ekwadorze wybuchną wulkany, we Włoszech będzie wielkie trzęsienie ziemi, także ziemia będzie się trzęsła w Rosji, ale tylko w tej jej części... na Bałkanach.
W wywiadzie dla pisma „Emeequis” Antonio Vázquez Alba wyznał dziennikarzowi Diego Mendiburu, w jaki sposób pokonał Gonzalo Aguirre i uzyskał tytuł Naczelnego Czarownika Meksyku. „– Gonzalo Aguirre był najsłynniejszym czarownikiem w Catemaco. Tam szły wszystkie pieniądze, bo ludzie tylko do Aguirre przychodzili. A wtedy gubernator Veracruz wysłał mnie do niego, żebym z nim porozmawiał, żebyśmy podzielili się klientelą i założyli wspólne przedsiębiorstwo. On się zezłościł i rzucił mi wyzwanie. Vázquez Alba powiedział, że nie może wyjawić wszystkich szczegółów ceremonii, ale polegała ona na wezwaniu tych wszystkich złych duchów, demonów, dusz pokutujących, oraz negatywnych energii, których używa się do niszczenia osób. Z tej walki tylko jeden z nich mógł wyjść z życiem.”
Gonzalo Aguirre okazał się słabszy i padł martwy pośrodku ochronnego koła obrysowanego krwią zwierząt złożonych na ofiarę, a Vázquez Alba, który siedział w podobnym kole 11 km dalej, jako zwycięzca został Naczelnym Czarownikiem. W dalszej części wywiadu dziennikarz zadaje pytanie:
„– Mógłby pan teraz kogoś zabić za pośrednictwem magii?
– Tak, ale to ty byłbyś odpowiedzialny za tę śmierć, nie ja. Bo ja tylko kieruję rytuałem, jestem duchowym pośrednikiem.
– Ile by pan ode mnie wziął?
– Zależy, ile czasu by mi to zajęło. Może miesiąc, trzy miesiące. Byłoby drogo, trzeba by zrobić osobny ołtarz, wziąć sześciu, a nawet ośmiu pomocników, zostawić inne prace, jakie mam, i pracować cały dzień i mieć specjalną dietę, bo to przecież co pół godziny przekazuje się potężne przesłania człowiekowi, któremu chce się zadać zło, i tak całymi tygodniami, dopóki nie natrafi się na dobry moment, kiedy on straci orientację, albo nie będzie przez nikogo chroniony i wtedy dopiero wysłać mu negatywną energię.
– Już pan to robił? Zabił pan kogoś ?
– Tak – odpowiada dziwny morderca na odległość.” (Diego Mendiburu, Brujo Mayor, artykuł w „Emeequis”, 2009)

Jak widać, czarownicy bardzo dbają o swój image.

Catemaco i Santiago Tuxtla

wciąż z sobą rywalizują. W obu miasteczkach w każdy pierwszy piątek marca odbywają się główne rytuały tzw. czarnych mszy; od lat uczestniczą w nich mieszkańcy okolic i turyści. Władze połączyły je z imprezami folklorystycznymi. Jednak więcej turystów (z całego świata trzeba dodać) przyjeżdża w tym okresie do Catemaco, ponieważ czarną mszę naczelny czarownik z asystentami celebrują na słynnej Górze Białej Małpy. Jest to rytuał oczyszczania istoty czarownika „z czarnego”, które gromadzi się wokół niego przez cały rok. „Czarne” to wszelkie złe myśli, czyny i emocje klientów, a także czarne moce, z którymi czarownik musi pracować. Turyści po skończonym rytuale mogą poddać wszelkiego rodzaju zabiegom magicznym, obejrzeć stragany i wybrać proszki, wody, napoje, amulety przeciwko wszystkiemu i na wszystko. Czarownicze sklepy działają przez cały rok, oferowane są wycieczki łodziami po Lagunie Catemaco, a także do Zaczarowanej Laguny (Laguna Encantada) w połowie drogi pomiędzy Catemaco a zawistnym Santiago Tuxtla. Przyroda też jest tu urokliwa. Zaczarowana Laguna obniża poziom wód w porze deszczowej, a podnosi, gdy jest gorąco.

Zofia Siewak-Sojka